Phu Quoc często porównywana jest do tajskiej wyspy Phuket, z czasów, kiedy ta ostatnia nie była jeszcze naznaczona piętnem masowej turystyki.

Dziś, poza zbieżnością nazw, trudno dopatrzyć się innych podobieństw.

Jeremy Clarkson, dziennikarz znany z popularnego w Wielkiej Brytanii programu motoryzacyjnego Top Gear, w jednym ze swoich felietonów publikowanych w Sunday Times mówi, że jedyne plaże, które z czystym sumieniem mógłby nazwać dzikimi, odnalazł właśnie w Wietnamie.

I rzeczywiście - przy pomocy wynajętego motocykla bez trudu trafiamy do miejsc, gdzie innych ludzi spotykamy bardzo rzadko.

Są to miejscowi rybacy, kiwający się w swoich trzcinowych łupinach na falach krystalicznie czystej morskiej wody.

Jedynie niewielka część dróg pokryta została asfaltem. Znacznie częściej poruszamy się po nawierzchniach szutrowych lub powstałych naturalnie w podłożu z czerwonej gliny.
W wojskowych "kapeluszach" na głowach pędzimy po czerwonej drodze - zdjęcia: Magda Gardiasz.

Zdarzają się również niespodzianki. Ścieżka, do której na pierwszy rzut oka nie można mieć zastrzeżeń, potrafi za zakrętem niespodziewanie zmienić się w błotniste rozlewisko.

Nie każdemu udaje się w porę wyhamować.


Upał i kurz powodują znaczny spadek morale, na szczęście po drugiej stronie rzeki pojawia się wioska.

Na to, że w miejscowym sklepiku otrzymamy napoje w temperaturze niższej niż 30 stopni Celsjusza, nie możemy liczyć.

Dlatego też marzenie o kuflu zimnego piwa nabiera realnych kształtów dopiero wtedy, kiedy nasi znajomi, przygotowani na podobną okazję, dobywają plastikowego słoika, do którego wrzucamy kawałek lodu...

...i zalewamy go napojem gazowanym.

Ludzie żyją tu skromnie, ale w dobrych warunkach. Wolni od ruchu samochodowego i nie znający stresu powodowanego pędem ku karierze.
Są jednak narażeni na inne problemy - życie na wybrzeżu wiąże się z licznymi zagrożeniami, między innymi większą podatnością na kaprysy pogody.

Rybacy gestami zapraszają mnie do swojego grona i częstują bimbrem nalewanym z foliowego woreczka. Całość zagryzamy opiekanymi nad wolnym ogniu małżami. Bimber jest ciepły, małże pół-surowe, ale nie wypada odmówić.

Jednemu z rybaków bardzo podobają się moje okulary przeciwsłoneczne. Niestety nie mogę mu ich podarować, gdyż słońce pali niemiłosiernie, a do domu jeszcze daleko.
Za karę na drugi dzień gubię je gdzieś w trasie.

Kiedy chwyta nas głód, podjeżdżamy do pierwszego domu, jaki pojawia się na naszej drodze. Jego mieszkańcy przygotowani są na każdą niespodziewaną wizytę.

Gospodyni smaży dla nas bardzo smaczną rybę. Jako dodatek otrzymujemy pastę z wyciskających łzy papryczek.


Co zrobić, kiedy droga nagle znika? Nikt nie decyduje się na rozpęd i skok, trudno też przeprowadzić skutery po dnie rozpadliny. Musimy się wycofać.

Z drugiej strony też czekają przeszkody, na szczęście łatwiejsze do sforsowania.

Magda koniecznie chce poprowadzić motocykl. Nie chcę być despotą i bez oporu oddaję kierownicę.

Pięć minut później szukam kogoś, kto zechce wymienić przebitą na kamieniu dętkę. Na szczęście najbliższy warsztat okazuje się być bardzo blisko.

Mimo intensywnego nacierania kremami nie da się uniknąć efektów napromieniowania. Na szczęście obyło się bez poważnych oparzeń.
Podróżując w Azji wielokrotnie napotkać można przykłady unikatowej kreatywności w podejściu tubylców do zasad języka angielskiego.

Jedne teksty przy odrobinie wysiłku da się zrozumieć, choć są one przy tym bardzo zabawne.

Innych mimo najszczerszych chęci nie udaje się rozszyfrować.
W dosłownym tłumaczeniu:
- warzywa będące smażonymi czosnek
- smażona zieleń o ulepszonym tłuszczu
- sałatkowo zupne kości

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









