Licząc na to, że Rach Gia będzie dla nas wyłącznie miastem transferowym pomiędzy popularnym Can Tho oraz słoneczną wyspą Phu Quoc, wykazaliśmy się dużą dawką naiwności.
Język wietnamski wydaje się nam bardzo nieprzyjemny dla ucha - przypomina kwakanie wściekłej kaczki.

Aby dostać się na wyspę wybieramy drogę wodną.
Jedynym morskim przewoźnikiem w tym rejonie jest państwowa firma o wdzięcznej nazwie Superdong, nie bez powodu nawiązującej do wysokiej ceny, którą trzeba zapłacić za dwugodzinną podróż promem.

Na krótkim pasażu prowadzącym do nabrzeża roi się od pośredników zajmujących się sprzedażą biletów. Mimo tej samej ceny warto kupować go bezpośrednio w biurze Superdong. Tylko tam informacja dotycząca ilości dostępnych miejsc jest aktualna.

W ciągu doby odbywają się tylko dwa kursy. Jeden został anulowany. Nieplanowany postój w Rach Gia nabiera realnych kształtów.
Na drugi nie ma już miejsc - klamka zapada.

Nie pierwszy raz zdarza się, że nieprzewidziana zmiana planów owocuje pozytywnymi implikacjami. Miasto okazuje się bardzo przyjemne - ceny niskie, a ludzie przyjaźni.

Zwyczajowo nie odmawiamy sobie lokalnych specjałów...

...które popijamy sokiem z trzciny cukrowej podawanym w plastikowych workach.

Dzwonek. Dzieci wybiegają ze szkoły na ulicę, co skrzętnie wykorzystuje mobilny sprzedawca lodów. Zaskakuje je widok białej kobiety, która też ma ochotę na coś słodkiego.

Na drugi dzień siedzimy już wygodnie w promie, mając ponad dwie godziny na podziwianie hitów wietnamskiej telewizji.
Wietnamczycy wypracowali swoje własne metody interpretacji muzyki popularnej. Ze względu na silnie działającą cenzurę, obraz "zachodnich" produkcji dociera tu wypaczony, co przyczynia się do powstawania groteskowych tworów, dla Europejczyka brzmiących i wyglądających co najmniej dziwnie.
Nieco lepiej prezentują się piosenki romantyczne. Nawiązują do tradycyjnych wartości, takich jak rodzina, szacunek dla starszych oraz piękno ale i surowość przyrody.
Niestety i tu męskie wykonania budzą mieszane emocje.

Wyspa doskonale nadaje się do odpoczynku po długiej podróży. Ruch turystyczny jest tu wciąż bardzo ograniczony, skupiony niemal wyłącznie wokół głównych miast - An Thoi i Duong Dong.








Codziennie o stałej porze dnia ulice bieleją od strojów wracających do domu uczniów okolicznej szkoły.
Zdjęcia: Magda Gardiasz.

Dzięki zawiązanej naprędce znajomości z właścicielką pobliskiego sklepiku o ścianach z blachy falistej oraz dachu z liści palmowych, wieczorem czeka już na nas znakomicie schłodzony napój, którego kosztujemy wraz z przyjaciółmi spotkanymi po raz kolejny na trasie.

Posiedzenie przedłuża się do późnego wieczora. Niestety nie daje nam się wyspać trzydziestocentymetrowej długości gekon, który dźwiękiem przypominającym przepuszczony przez 100 watowy wzmacniacz odgłos pocierania gumą o szybę może konkurować z niejednym kogutem.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









