Nareszcie Can Tho. Po dwóch dniach spędzonych w uśpionym Cao Lanh, z radością witamy perspektywę znalezienia się w otoczeniu nieco bardziej interaktywnym.
Miasto liczące ponad milion mieszkańców uznawane jest za stolicę delty Mekongu.

Aby nie zgubić się w nieznanym otoczeniu, zapamiętujemy jego elementy i przyjmujemy te najbardziej charakterystyczne za punkty orientacyjne. Równocześnie, w tym samym celu, podświadomość rejestruje ogólny jego obraz.

Kiedy wracamy ze spaceru ulicami Can Tho, coś nie pasuje. Wydawałoby się, że szliśmy tą drogą, ale jeszcze 15 minut temu nie było tu wody. Przecież to niemożliwe, żeby w tak krótkim czasie ulica została zalana.

Okazuje się jednak, że tak właśnie się stało. Wysoki poziom wody spowodował przelanie się jej przez linię nabrzeża prosto na chodniki i ulice. Uliczni sprzedawcy w mgnieniu oka znaleźli się w niej po kostki, na co rozwiązaniem okazały się improwizowane pomosty z cegieł i desek.

Can Tho znane jest przede wszystkim z czterech targowisk odbywających się codziennie wczesnym rankiem na wodach rzeki o tej samej nazwie oraz rzeki Hau. Rolę sklepów pełnią tutaj łodzie, będące niekiedy również domem sprzedawców.
Bogactwo warzyw i owoców robi wrażenie - oprócz znanych nam bananów, kokosów, pomarańczy i ananasów, dyń, słodkich ziemniaków i kapusty, marchewki, cebuli i czosnku, można kupić tutaj durian, mango, pomelo, kanawalii i wiele innych egzotycznych smakowitości.


Towar reklamuje się w dość pomysłowy sposób. Do długiego kija przywiązane są produkty, które dany sprzedawca ma w swojej ofercie. Na szczęście handel zwierzętami jest w tym miejscu mocno ograniczony.

Stadko gęsi wydaje się czerpać niekłamaną przyjemność z podróży motorówką. Słońce, woda, wiatr w piórach... czego więcej można chcieć od życia?


Delta Mekongu jest miejscem nadzwyczaj urodzajnym. Taką ilość orzechów kokosowych zebranych na tak małej przestrzeni można pewnie spotkać jeszcze tylko w fabryce batoników bounty.


Od czasu do czasu robi się bardzo tłoczno. Zarówno sprzedawcy, jak i ich klienci wydają się czuć wtedy w swoim żywiole.
Tymczasowy zator na rzece Can Tho.

W pływających domach/sklepach mieszkają całe rodziny. Trudno wyobrazić sobie przestrzeń życiową trzech pokoleń Wietnamczyków zredukowaną do dwóch poziomów niewielkiego pokładu. Ze względu na niski strop większość czasu ludzie ci spędzają kucając.

Najwyraźniej są oni przyzwyczajeni do takiego stylu życia.



Po dokonaniu stosownych zakupów wracamy do miasta poruszając się siecią kanałów. Rozpoczęta o piątej rano wycieczka trwała ponad pięć godzin, podczas których pogoda zmieniła się kilkukrotnie. Ostatnią godzinę spędzamy w strugach deszczu, trzęsąc się z zimna.

Do późnego wieczora ulice pełne są mieszkańców miasta. Dopiero ta pora pozwala swobodnie zażywać spaceru.

W ciągu dnia temperatura często redukuje ludzi do niemrawych i nieruchomych kłębków, które dopiero po zachodzie słońca rozwiną się w pełnowartościowe istoty ludzkie.
Sami posiłkujemy się kilkoma szklankami pysznego soku z trzciny cukrowej, który pozwala nam utrzymać dobre samopoczucie.

Będąc w Can Tho trudno nie wspomnieć o połyskującym pomniku wujka Ho, który ustawiony w centralnej części miasta stanowi miejsce spotkań dorosłych oraz zabawy dla maluchów.


Już za chwilę rozpocznie się przedstawienie. Najpierw grupa młodych ludzi z dziwnymi fryzurami na głowach tańczy i śpiewa prawdopodobnie wynosząc pod niebiosa wspaniałość życia w tak cudownym kraju, jakim jest Wietnam, by w chwilę potem ustąpić miejsca jednemu z najbardziej znanych i lubianych wietnamskich kabaretów.

Artyści najwyraźniej bawią publiczność, równocześnie wprowadzając nas w głęboką konsternację.
Czy złośliwe przekrzykiwanie się może być zabawne, nawet po uwzględnieniu różnic kulturowych i językowych? Najwyraźniej tak.

Kiedy impreza się kończy, widzowie powoli rozchodzą się do domów. Poza jednym panem, który przysnął na swoim motocyklu dostarczając przechodniom dodatkowej, nieplanowanej rozrywki.
Karaoke (jap. kara - pusty, okesutora - orkiestra) - pochodząca z Japonii forma rozrywki, polegająca na subiektywnym przekonaniu jej partycypantów o własnych wysokich umiejętnościach wokalnych.
Zbyt wcześnie jeszcze, żeby iść spać. Obserwujemy grupę mężczyzn bawiących się znakomicie w tradycyjny sposób - piwo i karaoke to kombinacja, w której Wietnamczycy, jak przystało na prawdziwych Azjatów, czują się znakomicie.

Te małe pączki byłyby pyszne, gdyby nie... nadzienie ze słonej fasoli.

Suong sao, czyli galaretka wykonana z gotowanych i sezonowanych liści mesona chinensis (rodzina mięty), zaprawiona węglanem potasowym oraz skrobią. Często serwowana z mlekiem sojowym i lodem stanowi popularny napój chłodzący.


Lau, czyli kociołek. Serwowany jest wraz z palnikiem w ciągły sposób podgrzewającym jego zawartość. W centralnej części bulgoce ostra aromatyczna zupa, w której obgotowuje się warzywa, owoce oraz owoce morza lub mięso. Jest to bardzo smaczny posiłek wystarczający z powodzeniem dla dwóch osób.

Zupa z kaczej wątroby.

Żabie udka to potrawa popularna nie tylko we Francji, ale również w Chinach i Wietnamie. Mimo "ciągnącej" konsystencji mięso jest bardzo smaczne. Sposób przechowywania i przyrządzania żab może budzić kontrowersje, czy jednak różni się od tego, w jaki obchodzimy się ze świniami i krowami?

Żabie udka na talerzu prezentują się okazale.

Znakomite jedzenie popijamy napojem z... jaskółczej śliny. Na zdrowie!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









