Jak poruszać się w miastach oraz pomiędzy nimi aby unikać przykrych niespodzianek związanych z nieuczciwością przewoźników?
Można na przykład skorzystać z usług któregoś z oficjalnych państwowych przedsiębiorstw.

Najlepsze wrażenie robi na nas Grupa Mai Linh. Choć logo firmy zdolne jest przyprawić nawet przeciętnego grafika komputerowego o atak spazmów i toczenie piany z ust, marce tej można zaufać.

Autobusem Mai Linh jedziemy do Saigonu, skąd natychmiast staramy się wyruszyć dalej. Na Sajgon przyjdzie jeszcze odpowiednia pora.
Następny cel to Cao Lanh. Ten etap podróży dla odmiany decydujemy się pokonać bez pomocy biur podróży, czy pośredników transportowych.
Dzięki temu przekonujemy się, że wietnamscy naganiacze są sługami szatana, gotowymi zrobić wszystko, żeby dostać się do portfela białego turysty.
Na dworcu autobusowym w Sajgonie nikt nie jest w stanie wytłumaczyć nam, jak dostać się do Cao Lanh. Najlepsza odpowiedź, to palec wskazujący wyciągnięty w kierunku jednego z niezbyt okazale wyglądających małych autobusów.
Chwytamy się tej informacji niczym koła ratunkowego i już za chwilę ruszamy. Bileterka prosi nas o 6000 VND. Oczywiście nie mówi ani słowa po angielsku, dlatego nie mam szans dowiedzieć się, dlaczego bilet jest tak tani. Biorąc pod uwagę odległość, jaka dzieli nas od Cao Lanh, powinien kosztować przynajmniej 50.000 VND.
Niebawem wszystko się wyjaśnia. Autobus ma dopiero zawieźć nas na przystanek, z którego ruszymy dalej. Kiedy wysiadamy, natychmiast pojawiają się naganiacze.
UWAGA: Jedyna prawidłowa odpowiedź na dociekliwe pytania skąd jesteśmy i dokąd jedziemy, brzmi:
- Dokąd jedzie ten autobus?
Tę frazę powtarzać należy niestrudzenie i choć mało prawdopodobne jest, że ktokolwiek zechce nam odpowiedzieć, przynajmniej siła ataku opadnie.
Jeśli z kolei wyjawimy nasz cel, bardzo szybko okaże się, że każdy autobus, który akurat znajdzie się w pobliżu, jedzie dokładnie tam, dokąd chcemy się dostać. Naganiacze dodatkowo tworzą atmosferę niepokoju i pośpiechu. Autobus oczywiście już odjeżdża, trzeba się szybko przesiąść, a bilet kosztuje 200.000 VND.
Nie dajemy się nabrać na tę absurdalną kwotę, ale wsiadamy do autobusu, który za jakiś czas musimy opuścić na kolejnym przystanku. Z pewnością nie jest to Cao Lanh, a jak się później okazuje, położone w połowie drogi, My Tho.
Wściekli i zmęczeni przeganiamy agresywnie kolejną grupę naganiaczy nie przebierając w słowach. Następny autobus "łapiemy" już sami odczytując napisy na szybach przejeżdżających pojazdów. Cenę biletu najlepiej ustalić bezpośrednio z kierowcą, ignorując podskakujących wokół naganiaczy, a podczas jazdy śledzić adresy mijanych budynków i konfrontować je z mapą.
Adresy czytać należy, jak następuje: ulica, miasto, region, np.: 14 Ap Bac, My Tho, Tien Giang.

Po kilku godzinach pobytu w Cao Lanh zaczynamy zastanawiać się, w jakim właściwie celu tutaj przyjechaliśmy.

Przypuszczalnie po to, żeby sprawdzić, z jakiego powodu mniej popularne miejsca odwiedzane są rzadziej.

Najczęściej warto zbaczać z utartych szlaków. Czasem jednak wizyta w mieście, o którym wiadomo, że nic się w nim nie dzieje, może zaowocować wnioskiem, że... nic się tam nie dzieje.

I rzeczywiście - biały człowiek musi być tu rzadkim zjawiskiem. Przez dwa dni nie spotykamy nikogo, kto wyglądałby na obcokrajowca, a miejscowa ludność spogląda na nas z nieśmiałym zaciekawieniem.

Okazuje się, że równie trudno jest się stąd wydostać, jak tu przyjechać. Kiedy prosimy o bilet do Rah Gia, kasjerka sprzedaje nam bilet do Sajgonu. Oddaję go, i posługując się kombinacją języka angielskiego, wietnamskimi frazami wyczytanymi w przewodniku oraz teoretycznie uniwersalną gestykulacją, tłumaczę ponownie, że chcemy się dostać do Rah Gia.

Kasjerka odpowiada, że nie do Rah Gia i sprzedaje nam bilet do Binh Minh. Zniechęceni wracamy do naszego guest house, którego właściciel szczęśliwie mówi po angielsku i wyjaśnia, że autobus dojeżdża do Binh Minh, skąd należy przeprawić się przez rzekę za pomocą promu.

Czy tak trudno było to wyjaśnić, chociażby posługując się szkicem?

W Binh Minh autobus natychmiast oblega sfora naganiaczy, którzy pokazując nas sobie palcami zdają się krzyczeć: ten jest mój! Szybko, szybko, biały dolar!
Z niekłamaną satysfakcją odpowiadamy im wyłącznie po polsku i udając, że wiemy, dokąd idziemy, ruszamy pewnym krokiem przed siebie. Tu również spotykamy gromadę "służących pomocą" kobiet i mężczyzn, którzy próbują sprzedać nam bilet na prom, który jest darmowy.

Zajmujemy miejsca na jego dachu, gdzie już po chwili zjawia się gromada dzieci pracowników obsługi, którzy zza szyb kabiny ze spokojem przyglądają się, jak ich pociechy ćwiczą wyłudzanie pieniędzy.
Wszelkie żądania opłaty zbywamy prośbą o bilet i legitymacje.

Następny punkt programu to Can Tho.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









