Romantyczny wstęp:
Przed samym Nha Trang droga niczym wąż wije się wokół pobliskich wzgórz. Autobus powoli wchodzi w zakręty a na nasze powieki co chwilę padają promienie wschodzącego słońca.

Nie możemy doczekać się przybycia do celu - po całej nocy w ciasnej koi przyjęcie pozycji pionowej przynosi prawdziwe ukojenie.

Naganiacze i tym razem nie zawodzą - natychmiast zbierają się wokół nas. Wystarczy zdecydowanie przegonić ich precz, żeby w 10 minut mieć już pokój z widokiem na morze, za standardowe 20 złotych.

Miasto robi na nas bardzo dobre wrażenie - na każdym kroku widać dążenia urbanistów do uczynienia stolicy prowincji Khánh Hoa miejscem przyjaznym zarówno jego mieszkańcom jak odwiedzającym je gościom z całego świata.

Położone jest nad brzegiem morza, a plaża Nha Trang (widziana w oddali) uważa się za jedną z najbardziej atrakcyjnych turystycznie lokacji w tym regionie. Nam znacznie bardziej odpowiadały oddalone od utartych szlaków plaże w Hoi An.

Zgodnie z dawno przyjętą formułą dosiadamy stalowego... kucyka i ruszamy podziwiać okolicę.


Zza muru ogradzającego nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych podglądamy rybaków.


Te niepozorne łupiny to bardzo popularne na południu kraju "łodzie" rybackie.

Mimo niewielkich rozmiarów, oprócz trzyosobowego personelu mieszczą sieci oraz - w przypadku udanego połowu - kilkadziesiąt kilogramów ryb.
Będąc w Nha Trang nie mogę ominąć takiej gratki, jak odwiedziny u Long Thanh'a, jednego z najbardziej uznanych na świecie wietnamskich fotografików.

Kiedy udaje nam się wreszcie znaleźć jego dom, w którym również eksponuje swoje zdjęcia, drzwi okazują się zamknięte. Zanim zdążymy odjechać, popijający obok na ulicy herbatę sąsiedzi zachęcają nas, żeby użyć dzwonka.
Po chwili pojawia się Long Thanh i zaprasza do środka.

Jego czarno-białe fotografie opowiadają historie Wietnamczyków w sposób zarazem prosty i wyrazisty.

Long Thanh opowiada nam o technice swojej pracy (nie używa sprzętu cyfrowego), dotychczasowych i planowanych plenerach i o tym, dlaczego nie lubi fotografować górali z północy kraju.

Przedstawiam kolejną odsłonę zupy pho. Baza, którą tuż przed podaniem wzbogaca się różnymi dodatkami, nieustannie bulgocze w dużych garnkach.

Porcja makaronu, zielenina nieokreślonego autoramentu, kiełki fasoli, liście mięty, jajka przepiórcze, mięso wieprzowe, wołowe lub ryby, wszystko okraszone przyprawami - oto recepta na sukces!

O tym, że Wietnam jest drugim po Brazylii największym eksporterem ziaren kawowca, dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Dla wielbicieli przygotowanego z nich napoju nie stanowi to pewnie tajemnicy.
W tych okolicznościach zaskoczeniem może być jej wątpliwej jakości smak.

Kiedy przychodzi nam ochota na zmianę menu, odnajdujemy restaurację prowadzoną przez Australijczyka z Cairns, miasta znanego z nurkowania na rafie koralowej, który od kilkunastu lat wraz z wietnamską żoną serwuje tu hamburgery i inne specjały tak bardzo różniące się od wszystkiego, co proponuje lokalna kuchnia.

Jak w wielu innych krajach, biedni ludzie i tu mieszkają pod mostem. W skleconych z desek i plastikowej folii norkach spędzają czas przeznaczony na odpoczynek.



Kiedy oglądamy miasto przemieszczając się z miejsca na miejsce za pomocą dwóch kółek, nie wiemy jeszcze, co czeka nas już niebawem.

Czarne, kłębiące się chmury zapowiadają deszcz ale nie wiemy jeszcze, że będziemy świadkami zjawiska, jakie opisuje grany przez Toma Hanksa Forrest Gump w filmie pod tym samym tytułem.

W retrospektywnej scenie dotyczącej wojny wietnamskiej, żołnierze przedzierają się przez busz, kiedy zaskakuje ich ulewa.

Wtedy słychać narrację Forresta:
- One day it started raining, and it didn't quit for four months. We been through every kind of rain there is. Little bitty stingin' rain... and big ol' fat rain. Rain that flew in sideways. And sometimes rain even seemed to come straight up from underneath.

- Pewnego dnia zaczęło padać i od tego momentu padało przez cztery miesiące. Doświadczyliśmy każdego możliwego rodzaju deszczu. Drobnego kłującego deszczu i wielkiej, ciężkiej ulewy. Deszczu, który padał z boku. A czasem nawet wydawało się, że pada z dołu do góry.

Ponieważ zależy nam na odwiedzinach w parku rozrywki Vinpearl, decydujemy się przeczekać ulewę. Dzięki temu, unikamy niespodzianki w postaci przymusowego osiemnastogodzinnego postoju na parkingu przed mostem, który uszkodziła powódź.
Na pytanie, kiedy autobus ruszy, znajomi, na których czekamy słyszą: - Kiedy naprawimy most. Droga jest jedna.

Dwa dni w hotelu. Nurkowanie zaplanowane na jutrzejszy poranek zostało odwołane. Pozostaje nam podziwiać wzburzone morze z okna pokoju...

...lub cieszyć się nim jak dzieci.
Relacja wydarzeń z miasteczka położonego 20 kilometrów od Nha Trang.
Z telewizji dowiadujemy się, że jesteśmy niemalże w centrum największego od 16 lat oberwania chmury.

Na drugi dzień mamy okazję obejrzeć efekty tego zjawiska.



Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









