W codziennej drodze do pracy staję oko w oko z tym brzydszym obliczem Gumi. Krajobraz zdominowany przez ogromne betonowe powierzchnie z wystającymi tu i ówdzie kominami fabryk definiuje współczesne oblicze miasta.

Przez większy czas swojego istnienia Gumi było regionem rolniczym, jednak od roku 1960 rozpoczął się tu proces dynamicznej industrializacji. Dziś to niemalże czterystutysięczne miasto można uznać za zagłębie elektroniczne, w którym fabryki swoje mają firmy takie, jak LG czy Samsung.

Utworzono tu cztery wielkie kompleksy fabryczne, w których mieści się około 400 firm, a poza nimi jeszcze ponad 1000.


Jak często zdarza się w przypadku rozwijających się zagłębi przemysłowych, i tutaj znaczne obszary miasta pozostawiają wiele do życzenia w zakresie zagospodarowania i ogólnej estetyki.


Wrażenie potęguje jesienny krajobraz - brak żywej, soczystej zieleni jeszcze bardziej uwidacznia śmieci pojawiające się w regularnych odstępach.


Na nabrzeżu wznosi się opuszczony dom, pamiętający czasy, gdy po opustoszałej dziś rzece pływały wynajmowane w celach rekreacyjnych kajaki.


Kto tu mieszkał i dlaczego wyprowadził się pozostawiając swoje rzeczy osobiste? Być może mieszkańcy tego domu zmuszeni byli do opuszczenia go w pośpiechu...


Poziom podłogi pokoju dziecinnego jest o około metr wyższy niż reszta pomieszczeń. Dlaczego? Nie mam pojęcia.


Pakuję już manatki przed wyjazdem do Seulu za dwa dni (trzeba jechać, skoro się jest w Korei), a znaczy to, że nadszedł najwyższy czas na sprawozdanie z Wigilii.
Na szczęście dla tęskniących za domem, tutaj nie odczuwa się za bardzo klimatu Świąt. Niewiele widać wokół symbolicznych drzewek, lampek ani Mikołajów. Nie słychać też kolęd. Zdarzają się jednak wyjątki - w Daegu widzieliśmy piękną świetlną konstrukcję i bernardyna zaprzężonego do sań Świętego Mikołaja.

Koreańczycy nie spędzają Wigilii w gronie rodzinnym, a raczej wśród swoich przyjaciół. Chodzą na kolacje, do kina, na imprezy.
Ci mocno wierzący, a jest ich cala masa (wokół mnie, najbardziej religijni są protestanci i prezbiterianie, buddyści raczej bez przekonania), spędzają święta i Sylwestra w kościele. Siedzą tam godzinami, tańczą, śpiewają, jedzą... bo kościół to taki drugi dom.

(Paulini dziękujemy za wszystkie zdjęcia)
To wszystko pozwala wybaczyć, że zostaliśmy wysłani na drugi koniec świata w czasie tak ważnego dla nas święta.


Moi rodacy jednogłośnie zrezygnowali z ostatniej wycieczki na rzecz kolacji wigilijnej. Kilka osób wzięło sprawy w swoje ręce i przygotowało sale - wystrój, a przede wszystkim jedzenie, które okazało się być przysłowiowym strzałem w dziesiątkę!


Z braku dostępności surowców, musieliśmy obyć się bez barszczu, mieliśmy za to zupę grzybową i opłatek oraz bigos z kapusty pekińskiej (hit!!!). Do tego pierogi, krokiety i panierowana ryba.

Naszymi gośćmi byli koreańscy mentorzy, którym nikt nie powiedział, ze opłatek to nie zwyczajny wafelek.

Po kolacji pojechaliśmy do kościoła katolickiego na moja pierwsza w życiu pasterkę. Kobiece głowy okryte białymi chustami, przygaszone światła i delikatny blask świec uzupełniły pieśni w wykonaniu chóru, który ksiądz określił jako nietrzeźwy... (zgodnie z relacją naszego informatora). Podczas mszy padły słowa "Polandy" i "Merry Christmasy", a Koreańczycy rozglądali się po sali, zatem poczuliśmy się zauważeni.

Po mszy zaciągnięto nasza grupę do ogniska. Pojawiły się przekąski oraz soju, co bardzo rozgrzało serca i żołądki. Wieczór zwieńczyła wymiana podarków w ściśle tajnym gronie. Dziękuje Wam drodzy media za wspólne święta na obczyźnie.
Tekst: Anna i Piotr Kloczkowscy
Zdjęcia: Anna Kloczkowska (Ania K.) i Paulina Korczyńska (Paulini)
Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym reportażu są własnością Autorów. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autorów jest zabronione.









