Ostatniego dnia pobytu w Indiach postanawiamy odwiedzić niecodzienne miejsce kultu. Świątynia Lotosu to siedziba jednej z najmłodszych wyznań świata - zapoczątkowanego w XIX wieku bahaizmu.

Niezwykle liberalny bahaizm łączy w sobie cechy najbardziej znaczących religii (chrześcijaństwa, judaizmu, mahomatanizmu, hinduizmu i buddyzmu). Są nimi:
- jedność religii
- jedność ludzkości
- równość pomiędzy mężczyznami i kobietami
- wyeliminowanie wszelkich uprzedzeń
- pokój na świecie
- harmonia pomiędzy religią i nauką
- niezależnego poszukiwanie prawdy
- powszechne obowiązkowe wykształcenie
- powszechny wspólny język
- posłuszeństwo wobec rządu i nieangażowanie się w stronnictwa polityczne
- wyeliminowanie skrajnej biedy i skrajnego bogactwa

Pracują tu bezwzględnie oddani nowej wierze goście z Zachodu. Z uśmiechem na ustach opowiadają o niej odwiedzającym, nie starając się nikogo nakłaniać do odstąpienia od swoich własnych przekonań.
Mimo to, trudno jest nam otrząsnąć się z wrażenia, że znajdujemy się w siedzibie potężnej sekty.

Świątynie bahaistyczne znajdują się na całym świecie i każda z nich to zapierająca dech w piersiach konstrukcja.

Tak jest również w przypadku Świątyni Lotosu. Trudno jednak nie zauważyć, że to mało wysublimowany plagiat projektu budynku Opery w Sydney.
Pracująca tu przewodniczka (pochodząca z Sydney właśnie) zapewnia mnie jednak, że projekty zostały wykonane równolegle, w podobnym czasie.

Nie jest to jednak prawdą, gdyż budowę Opery rozpoczęto w 1959 roku a ukończono w 1973, podczas, gdy Świątynię lotosu ukończono w 1986 roku, a projektowana była przez 10 lat. Rachunek jest prosty.

Wieczór. Paharganj tętni życiem, a my żegnamy się z Indiami przemierzając wąskie uliczki wypełnione jadłodajniami z trudem zasługującymi na takie miano.

Ta sama okolica przywitała nas pięć tygodni temu.
Procesja ślubna na ulicach Starego Delhi, czyli właściwe proporcje - pan młody na koniu, panna młoda za nim, pieszo
Wydawałoby się, że to całkiem niedawno, jednak dla nas czas wypełniony po brzegi dziesiątkami miejsc, spotkanych ludzi i przeżytych przygód, rozciągnął się niczym balon.

Mimo wielu trudnych chwil, wysiłku włożonego w zwiedzanie tego ogromnego kraju oraz dyskomfortu, możemy z czystym sumieniem oświadczyć, że pokochaliśmy Indie takimi, jakie są.

O ile w pierwszym tygodniu nie wyobrażaliśmy sobie powtórnej wizyty, teraz rozumiemy, dlaczego kraj przywołujący na myśl klejnot umazany błotem, przyciąga ludzi z tak wielką siłą.

Do dzisiaj pozostały nam wyłącznie pozytywne wspomnienia. Wszelkie przykrości zatarły się w pamięci, umacniając tęsknotę za miejscem, gdzie chciałoby się znowu być. Za rok, za miesiąc, choćby za tydzień.

Niestety, twarda rzeczywistość weryfikuje marzenia, przynajmniej te bardziej ekstrawaganckie.

Być może kiedyś powrócimy tu, tym bardziej, że tak wiele pozostało do odkrycia...
A teraz w drogę!
Przejazd na lotnisko przy pomocy autorykszy obrazuje wszechobecną tu swobodę w interpretacji przepisów drogowych
W Dubaju, gdzie mamy "przesiadkę", czeka nas dziewięciogodzinny postój. Szykujemy się na koczowanie zawinięci w koc (kocowanie?) na brudnej podłodze.

Takie warunki znamy już przecież z poprzedniej wizyty w Emiratach Arabskich (patrz: cz. II).


Na miejscu spotyka nas miła niespodzianka. Transfer następuje w sterylnym niczym oddział chirurgiczny terminalu nr 2.

Obserwujemy odprawę bagażową - wszystko odbywa się szybko i sprawnie.


Ruchome chodniki pozwalają ulżyć zmęczonym nogom.

Na chwilę po zrobieniu tego zdjęcia podbiegł do mnie młody Arab i w dość agresywny sposób dał do zrozumienia, że nie życzy sobie fotografowania swojej partnerki.

Projekt terminala mógłby budzić kontrowersje w kwestii smaku, nie da się jednak odmówić mu rozmachu.

W sprowadzonych z Japonii windach zmieszczą się dziesiątki ludzi i być może samochód.



O przeczekanie dziewięciu godzin, jakie dzielą nas od wylotu do Polski nie musimy się martwić. Z pustej i niezwykle komfortowej poczekalni robimy sypialnię.

Ostatnie chwile w Dubaju... Na zewnątrz panuje temperatura niemalże czterdziestu stopni w cieniu. A w Polsce już prawie zima.
Przetrwamy zimę z nadzieją na następną przygodę, gdyż Azja wciąż kusi nas wspaniałą atmosferą i przyjaznym klimatem, znakomitym jedzeniem i egzotyczną kulturą.
Następny cel: Wietnam. Wylot 18.10.2009.
Proszę się nie rozłączać!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








