Ponieważ każda ciężka praca powinna być wieńczona należytym odpoczynkiem, cztery tygodnie poniewierki, które odcisnęły się na naszej kondycji fizycznej i psychicznej, postanowiliśmy zrównoważyć tygodniowym pobytem w miejscu, gdzie czas płynie niezwykle powoli.

Ostatni etap podróży z Mumbaju odbywamy na pokładzie miejscowego autobusu, który z prędkością piechura pokonuje wzniesienia i zjazdy wąskiej drogi, mocno kiwając się przy tym na boki.
Celem jest Arambol, niewielka wioska w stanie Goa, gdzie przed powrotem do Polski zamierzamy zregenerować siły.

Jako, że połączenie jest dość niewygodne, trafia tu mniej turystów, niż do sąsiednich Anjuny czy Panaji.

Dziś w Goa pozostało już niewiele dzikich zakątków, w jakich kilkadziesiąt lat temu intensywnie rozwijał się ruch hippisowski.

Mimo to, ten najbogatszy i najbardziej europejski region kraju wciąż przyciąga wszelkiej maści lekkoduchów i oryginałów.

Znalezienie odpowiedniej kwatery zajęło nam zaledwie godzinę.
Nie mamy wysokich wymagań, jednak na wcześniejsze propozycję zamieszkania w pozbawionej prądu i toalety bezokiennej budzie krytej nieszczelną strzechą - w dodatku za 400 rupii dziennie - mówimy stanowcze nie.
Oczywiście gdyby chodziło o element folklorystyczny, schronienie przedstawicieli prymitywnego endemicznego plemienia, nie mielibyśmy nic przeciwko. Taka sytuacja nie miała jednak miejsca.

Pokój, w którym się w końcu zatrzymujemy jest surowy, jednak dla nas doskonały.
Dopiero oglądając zdjęcia zauważyłem, że praktykuje się tu jakieś mroczne rytuały (ramka na poprzednim zdjęciu).

Kluczowym elementem regionu jest plaża. Nie tak malownicza może, jak te, które znaleźć można w Tajlandii, czy choćby w Polsce, za to bardzo ciekawa.

Wczesnym rankiem oraz o zachodzie słońca obejmują ją w posiadanie ci, którzy odrzucając bagaż zachodniej cywilizacji, odnaleźli się w prostym życiu joginów.

W tym samym czasie rybacy, którzy wypłynęli na połów przed świtem, wciągają swoje łodzie na brzeg, by zaraz potem podzielić skromny łup wśród właścicieli nadmorskich jadłodajni.


W ciągu dnia pojawiają się spragnieni słońca turyści, a w ślad za nimi mieszkańcy okolicznych wiosek, pragnący za wszelką cenę sprzedać swój towar.

Nie może zabraknąć też krów, które w towarzystwie przyjaznych im ludzi czują się tu znakomicie.

Korzyści są obopólne - i tutaj krowie odchody to ceniony materiał opałowy.

Tereny te zamieszkałe są przez liczne gatunki dzikich zwierząt. Oprócz wszędobylskich i agresywnych małp nie trzeba się jednak ich obawiać.
Kraby wielkości dłoni...

...i takie bez trudu mieszczące się w dłoni.

Przy linii nadbrzeżnej ciągnie się pas "handlowo-restauracyjny".

Po raz kolejny przekonujemy się, że najbardziej bezwzględnymi kupcami są dzieci.

Targują się agresywnie i bezkompromisowo. Niejednokrotnie zamiast ulec odchodzimy "z kwitkiem", ale zachowując honor.


O tym, jak bardzo zeuropeizowany jest ten region świadczy choćby wielkość posiłków przystosowana do bardziej zachłannych zachodnich żołądków.
Z wielu jadłodajni mieszczących się przy głównym deptaku zdecydowanie polecamy prowadzoną przez Nepalczyków meksykańską (sic!) "The Bee's Knees", czyli pszczele kolana.

Znakomity posiłek popić można sokiem ze świeżo rozłupanego kokosa. Ci odważniejsi mogą spróbować samemu zerwać go z palmy.


W tym rejonie teren jest geograficznie zróżnicowany. Przy samej plaży wznosi się góra, na której szczycie znajdujemy kapliczkę, gdzie wierni palą świece i składają ofiarę.

Tybetańskie flagi modlitewne świadczą o obecności buddystów. O burzliwej historii religii w Goa napiszę jednak w przyszłości.


Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









