Stolica stanu Maharastra, Mumbai, to miasto skrajności o populacji czternastu milionów ludzi.


Tu znajdzie się miejsce na wszystko - tradycyjną architekturę przenika wiktoriański styl kolonialny, a ekstremalna bieda mieszkańców slumsów kontrastuje z bollywoodzkim blichtrem.

Tutaj najprężniej rozwija się też gospodarka i kultura kraju.

Do Mumbaju przyjeżdżamy autobusem. Jego kierowca mówi nam, kiedy wysiąść, by znaleźć się w dzielnicy Colaba, w pobliżu Bramy Indii.

Kiedy opuszczamy autobus, okazuje się, robimy to zdecydowanie zbyt wcześnie.
Padliśmy ofiarą współpracy kierowcy z taksówkarzami, którzy natychmiast oferują podwiezienie do celu.

Zły na siebie za brak czujności, nie chcąc tworzyć koniunktury dla oszustów, ignoruję kilku zebranych przy drodze "sępów" i idę szukać transportu nieco dalej.

Kiedy udaje się w końcu ustalić nasze (kiepskie) położenie i uzgodnić z taksówkarzem rozsądną cenę, zabieramy dwóch zagubionych Japończyków i ruszamy.

Tu czas na dygresję - mumbajskie taksówki to pojazdy na pierwszy rzut oka przypominające samochody.

Po około godzinie jazdy do Colaby, przekonujemy się, że te pozbawione wentylacji, amortyzacji i jakiejkolwiek automatyzacji pojazdy, to tylko blaszane puszki mające za zadanie przenieść swoich pasażerów z punktu A do B wyrządzając im przy okazji jak najwięcej szkody.

Upał, kurz, smog... Witamy w Mumbaju!

Kolejna godzina przepada na bezskutecznym poszukiwaniu taniego hotelu. Choć wszystkie miejsca, które sprawdzamy przypominają bardziej szczurze gniazda niż schronienie dla ludzi, ich właściciele bezwzględnie żądają cen wielokrotnie przewyższających te, które proponowano nam do tej pory.

Taki już urok Mumbaju. Za nasz dzielony z myszami i pluskwami pokój płacimy 450 Rs.
Samo przejście przez klatkę schodową nastręcza niemałych trudności - jest pełna gruzu, robotników zdzierających tynk ze ścian, wiszących kabli i sterczących prętów. Wydaje się jednak, że nikomu to nie przeszkadza.

Mimo wszystko cieszymy się jednak, że kolejną noc przyjdzie nam spędzić z dachem nad głową. Ten luksus niedostępny jest dla zastraszająco dużej liczby mieszkańców miasta-molocha.

Zaraz po opuszczeniu pokoju, napotykamy grupę ludzi przygotowujących się do poniesienia zmarłego w ostatnią podróż.
Granice pomiędzy życiem i śmiercią są w kulturze Hindusów znacznie mniej wyraźne niż w Europie.

Przyjeżdżając do centrum hinduskiej kinematografii, mamy zamiar "podjechać" do dzielnicy, w której produkowanych jest najwięcej filmów na świecie.
Niestety radość pryska, kiedy okazuje się, że za możliwość zwiedzenia planów filmowych zapłacić trzeba niebagatelną sumę 5000 Rs (czyli równowartość 100 przyzwoitych obiadów), a czas na dotarcie tam z "naszej" dzielnicy to bez mała trzy godziny...

Świadomość, że Bollywood jest tuż obok, podsycają wygłaskane aktorki i aktorzy, spoglądając na nas z ogromnych plakatów, rozwieszonych na każdym kroku.

Mumbay to nie tylko tętniące życiem ludzkie mrowisko, ale i permanentny plac budowy. Za dynamicznym rozwojem gospodarki idzie niepohamowany rozrost miasta.

Najlepszymi robotnikami okazują się... kobiety.

To one przejmują na siebie ciężar wymagających fizycznie prac, dosłownie i w przenośni.

Patrzę na blok mieszkalny mogący pomieścić w sobie dwadzieścia naszych jedenastopiętrowych "wieżowców" (co widać na zdjęciu). Ciarki biegną mi po plecach na myśl o tutejszych normach budowlanych i przepisach bezpieczeństwa.

Biohazard - zagrożenie biologiczne. Organizm lub substancja pochodzenia organicznego stanowiąca zagrożenie (przede wszystkim) dla ludzi.
Są to odpady medyczne albo próbki mikroorganizmów, wirusów lub toksyn (z biologicznego źródła), mogące mieć wpływ na ludzkie lub zwierzęce zdrowie.
Nie trzeba mówić, że na całym świecie obowiązują restrykcyjne przepisy regulujące sposób transportu materiałów zaliczanych do wymienionej grupy.
Okazuje się jednak, że można je też przewozić autorykszą.

Podobnie jak znaczna część tablic rejestracyjnych pojazdów, znaki drogowe to produkt mniej lub bardziej zdolnego rzemieślnika i jego pędzla.

"Zebry" znakujące przejście dla pieszych to dawno zapomniana pozostałość po uporządkowanych Anglikach. Teraz, aby przedostać się na drugą stronę jezdni, należy stoczyć bój z pojazdami.

Kolejną spuścizną brytyjskich kolonizatorów jest krykiet. Hindusi osiągnęli mistrzostwo w tej skomplikowanej grze. Stała się ona ich sportem narodowym.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









