Nazajutrz wita nas chłód poranka. Czyste powietrze, cisza...


Zupełnie nierealne wydaje się przebudzenie w miejscu, którego koordynaty do tej pory niczego nam nie mówiły, a pewnie wkrótce również ulegną zapomnieniu.
Na zawsze jednak pozostanie w nas wspomnienie tej chwili.

Wielbłądy leniwie przeżuwają siano, ognisko tli się słabo, a my witamy kolejny dzień.

W nocy nie byliśmy sami. Wokół legowiska zebrała się gromada żuków gnojarzy, które za dnia toczą kulki wielbłądzich odchodów, w nocy zaś szukają ciepła w towarzystwie ludzi i zwierząt.


Pobliskie spichlerze są puste - o tej porze roku ziemia nie rodzi. Pracy jednak jest dość - należy zająć się zbiorami z ostatniego sezonu.




Życie Mamraja nie wydaje się być skomplikowanym. Pewnie dlatego nie brakuje mu dobrego humoru - z uśmiechem wita kolejny dzień.

Na dzieci poznane poprzedniego dnia długo czekać nie trzeba. Pojawiają się w silnej grupie, gotowe do zabawy.
Wraz z grupą dzieci mieszkających w chatce poniżej wzniesienia, na którym postanowiliśmy rozbić nocleg, turlam się po piaszczystym zboczu.

Ciąg dalszy zabawy.

Kiedy odpowiednia dawka pozytywnych emocji zostanie przyswojona, do głosu dochodzi ciekawość.

Magda cierpliwie uczy pustynne dzieci polskich słówek. W większości przypadków powtarzają je bezbłędnie.
Maluchy okazują się niezwykle uzdolnione językowo. Warto zwrócić uwagę na mimikę twarzy chłopca siedzącego z prawej strony.

Ruszamy w dalszą drogę. Niezbędne jest ciągłe uzupełnianie płynów. Na szczęście przewodnicy zadbali o wodę mineralną - dzięki kilkunastu butelkom tego bezcennego płynu, unikamy wyschnięcia na wiór.


Kolejna wioska i kolejni ludzie...




Dzieci częstują nas nazbieranymi w okolicy owocami twardych, kolczastych krzaków. Jak na owoce rosnące na pustyni przystało, są one zwarte, niezbyt soczyste, ale i słodkie a zarazem kwaśne.


Podczas przerwy obiadowej stajemy się obiektem zainteresowania kobiet zbierających w pobliżu nawóz oraz drewno na opał. Jedna z nich pyta Magdę, jaki środek powoduje, że jej twarz jest tak biała.

Tłumaczymy, że używamy kremów ochronnych i choć fakt, że i bez nich kolor naszej skóry dalece odbiegałaby od tego charakterystycznego dla Hindusów wydaje się oczywisty, kobiety zdają się nie przyjmować tego do wiadomości i w podnieceniu wcierają białą tajemniczą substancję w swoje napiętnowane słońcem i wiatrem twarze.

Zbliżamy się do Deshnok. Stąd wyruszymy dalej, na południowy wschód, do Puszkaru, gdzie czeka na nas wielki festiwal związany z corocznym targowiskiem wielbłądów.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









