Wyprawa do Indii wiąże się z wieloma wyborami, które podejmujemy przed jej rozpoczęciem, ale również wielokrotnie w trakcie jej trwania. Pierwszy, a zarazem bardzo znaczący dotyczy decyzji - skąd lecieć?

Warszawa, Praga i Berlin przegrywają zdecydowanie z Frankfurtem (tym nad Menem) pod względem ceny biletów. Dodatkowo przewoźnikiem jest linia Emiratów Arabskich, która w konfrontacji z alternatywnym rosyjskim Aerofłotem wygrywa w przedbiegach.
Do Frankfurtu jedziemy autobusem bezpośrednio z Jeleniej Góry. Autobus opuszczamy koło dworca głównego, skąd po 10 minutach jazdy pociągiem jesteśmy na lotnisku.

Terminal 2 na lotnisku w Dubaju (gdzie mamy międzylądowanie) imponuje wielkością, choć nie wyróżnia się aż tak, jak się tego spodziewaliśmy. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze o terminalu 3, o tym jednak później.

Tutaj zbyt mała ilość miejsc dla oczekujących powoduje ich masowe zaleganie na ziemi. Ciała otulone w koce, osobno lub grupowo, pokrywają dużą część hallu terminala. Później okazuje się, że tego typu wypoczynek nie jest niczym szczególnym w tej części świata.


Jak na Emiraty Arabskie przystało, wszędzie widoczne są znamiona luksusu o czym świadczą choćby "peronowe" zegary firmy Rolex.

Lądując w Dubaju spodziewaliśmy się dramatycznej różnicy pogody w stosunku do chłodnego i wilgotnego Frankfurtu. Ze względu na przebudowę lotniska mieliśmy jeszcze lepszą okazję, żeby poczuć żar arabskiej pustyni, gdyż samolot opuściliśmy wprost na płytę lotniska, skąd po uprzednich przeprosinach za utrudnienia, do terminalu przetransportowano nas klimatyzowanym autobusem.
Wejście na pokład samolotu mającego przetransportować nas do Delhi odbyło się już za pomocą zwyczajowego przyłączanego do samolotu korytarza.

Jedzenie na pokładzie długodystansowych samolotów jest zaskakująco smaczne. Być może smakuje mi dlatego, że spożywane jest w nietypowych okolicznościach...

Aby zminimalizować trud podróży, jeszcze w Polsce zarezerwowałem pokój, w którym spędzić mieliśmy naszą pierwszą noc w Delhi, oraz zamówiłem samochód z kierowcą, który czekał na nas przy wyjściu z lotniska.
Na dworcu w Delhi oczekuje nas wysłany z hotelu kierowca.

Dziś już bym tego nie zrobił, bo na lotnisku można wynająć taksówkę i za ustaloną z góry cenę dotrzeć w miejsce przeznaczenia. Można też "złapać" taksówkę na ulicy i wytargować znacznie lepszą cenę, to jednak wymaga już pewnego doświadczenia.

Mimo, że za taksówkę również zapłaciliśmy znacznie więcej, niż powinniśmy, kierowca po raz pierwszy konfrontując nas z lokalnym zwyczajem wysysania zagranicznych portfeli, dał nam do zrozumienia, że oczekuje napiwku. Ze zrozumiałych względów oczywiście go nie otrzymał.


Po drodze mijamy ręcznie malowane znaki drogowe (innych nie zauważyłem przez cały czas pobytu w Indiach).

Samochody poruszają się tak blisko siebie, że często, aby dotknąć sąsiedniego pojazdu, wystarczy wystawić przez okno nie rękę nawet, ale samą dłoń.


Jednym z podstawowych środków komunikacji są tutaj tak zwane autoriksze, niemalże identyczne, jak tajskie tuk-tuki.

Ich uzupełnieniem są ryksze rowerowe, do zalet których zaliczyć można niższą cenę. Są one jednak znacznie powolniejsze, co może sprzyjać, jeśli mamy ochotę rozejrzeć się po okolicy, ale i doskwierać, jeśli się spieszymy.

Większość tanich kwater znajduje się w niebywale ruchliwei i hałaśliwej targowej dzielnicy starego Delhi - Paharganj. Aby tam dotrzeć, przedzieramy się wąskimi i zatłoczonymi uliczkami, gdzie Europejczykowi nie przyszłoby nawet do głowy wjechać samochodem.

O ile nie przybywamy w środku nocy, nie warto wcześniej rezerwować pokoju, w szczególności zaś w hotelu polecanym przez popularne przewodniki.
My zatrzymaliśmy się w hotelu Namaskar, gdzie bazując na naiwności świeżego turysty, za pokój warty 100 rupii za noc policzono nam 480 INR.
Grzyb kwitnie na jednej ze ścian, brak ciepłej wody... Kiedy biorę prysznic, kilka cienkich strumyczków tryska w każdym z możliwych kierunków. Nikt tu specjalnie nie dba o usunięcie kamienia. Robię to za pomocą agrafki.
Później, za pokój o dużo wyższym standardzie, znajdujący się kilka przecznic dalej, płaciliśmy 250 rupii za noc.
W miejscach takich jak Paharganj, gdzie konkurencja jest bardzo duża, można pozwolić sobie na bezwzględne egzekwowanie swojej ceny. We wszystkich miejscach, w których się zatrzymaliśmy (poza Bombajem, gdzie ceny noclegów były absurdalnie zawyżone), za pokój z łazienką płaciliśmy ok. 100-250 INR za noc.


Wyposażenie pokojów hotelowych w standardzie ekonomicznym jest bardzo skromne, dla nas jednak w zupełności wystarczające. Uwagę zwrócić należy na to, czy w pokoju dostępna jest ciepła woda (rzadko) i czy gniazdka elektryczne działają prawidłowo.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









