Pierwsze pojawiają się świnie. Dobiegający już z daleka przenikliwy kwik podsuwa myśl, że nie odbywają tej podróży z własnej woli. Unieruchomione w wyrafinowanej konstrukcji z bambusowych kijków, niesione są jak w odwróconej lektyce.
Świnie to podarunek od gości, którzy przybyli do wioski Buntao w górskim regionie Tana Toraja na wyspie Celebes w Indonezji. Właśnie rozpoczyna się ceremonia pogrzebowa, która trwać będzie przez trzy kolejne dni.
Uroczystość ma z założenia smutny charakter. U Torajów człowiek nie jest bowiem uznawany za zmarłego, dopóki nie zostanie prawidłowo pochowany. Do tego czasu rodzina traktuje go jak chorego, przynosząc posiłki i przemawiając do niego.
Dziadek gospodarza, dożywszy wieku 105 lat, umarł ponad rok wcześniej i od tamtej pory, zabalsamowany, spoczywa w zamkniętej trumnie, w centralnym punkcie domostwa, czekając aż rodzina uzbiera środki wystarczające na przeprowadzenie pochówku.
Świnie, jedna po drugiej, zaczynają znikać z placu. Co chwilę grupa mężczyzn chwyta bambusową "lektykę", po czym wędruje z hałaśliwym ładunkiem w głąb lasu. Cios nożem, zadawany pod uchem świni, nie zabija od razu. Śmierć przychodzi dopiero po kilku minutach. Zręczni oprawcy rozcinają jamę brzuszną zwierzęcia i wydobywają wnętrzności. Korpus, rzucony na ognisko w celu opalenia szczeciny, skwierczy złowieszczo. Wstępnie opalone świnie są skórowane, dzielone na części i krojone na kawałki, które, wraz z papryczkami chili i liśćmi wodnego szpinaku, upycha się do bambusowych rurek układanych na palenisku. Tak przyrządzone mięso serwowane jest z ryżem.
Zapada zmrok. Część gości wróciła już do domów, pozostali umilają sobie czas rozmową, żartami i grą w domino, niespiesznie popijając wino palmowe. Kiedy wydaje się, że uroczystość dobiega końca, a ludzie za chwilę ułożą do snu, na placu rozpoczyna się rytualny taniec. Grupa mężczyzn i kobiet kroczy powoli po okręgu zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, raz po raz wznosząc ramiona. Tańcowi towarzyszy śpiew, brzmiący jak zawodzenie bez treści, później okazuje się jednak, że jest to pieśń opowiadająca historię życia zmarłego.
To-ri-aja, czyli ludzie gór, są bardzo przywiązani do tradycji, która w przypadku naszych gospodarzy łączy wyznawane tu chrześcijaństwo z prastarymi wierzeniami animistycznymi.
Stąd i długo wyczekiwany moment - ofiary z żywych bawołów. Drugiego dnia rano przyprowadzonych zostaje siedem dorodnych okazów o miękkiej skórze pokrytej pięknie połyskującym szarym włosiem. Pomiędzy boksem dla najbliższej rodziny a podwyższeniem dla przedstawicieli władz lokalnych wygospodarowano niewielki plac, którego środek wyznacza wkopany głęboko w ziemię bambusowy palik. Do palika przywiązane zostaje pierwsze zwierzę.
Oprawca unosi głowę bawołu i szybkim uderzeniem maczety przecina gardło. Zwierzę oszołomione szarżuje, tryskając wokół krwią. Ten sam los spotyka kolejne ofiary. Krew miesza się z błotem, tworząc śliskie grzęzawisko, w którym spoczywa już kilka wydających ostatnie tchnienie bawołów. Kolejny cios - staram się lawirować między ciałami powalonych zwierząt, unikając szarży tego, które jeszcze z trudem trzyma się na nogach.
Po co to wszystko? Skąd to okrucieństwo? Czy rzeczywiście krwawe ofiary są uzasadnione i potrzebne? Torajowie wciąż stosują się do zaleceń starotestamentowych, według których
"bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia grzechów". Chrześcijaństwo nie wyparło jednak całkowicie wierzeń animistycznych.
Koszt urządzenia pogrzebu ze stypą to w przybliżeniu 100 000 000 rupii indonezyjskich, czyli około 32 000 złotych. Kwota niebagatelna, zważywszy na skromne w stosunku do europejskich zarobki przedstawicieli górskiego szczepu. Z tego powodu oszczędności na ceremonię pogrzebową zbiera się nawet przez dziesięć lat!
Goście dziękują gospodarzowi i jego małżonce za wspaniałe przyjęcie, po czym rozpoczynają powolny marsz do swych domów.
Przychodzi czas pożegnania z Torajami i ich niesamowitą kulturą, która, mimo licznych przeciwności losu, przetrwała do dzisiejszego dnia.