Niczym skóra prehistorycznego potwora, indonezyjska wyspa Jawa pokryta jest niezliczonymi stożkami wulkanicznymi. Większość z nich pozostaje w stanie uśpienia, lecz część zachowuje aktywność, roztaczając wokół groźbę zalania lawą pobliskich miast i wiosek oraz osnucia ich całunem popiołu. Niektóre z nich, jak na przykład wypełniony wodą krater wulkanu Ijen, przynoszą wiele korzyści.
Jezioro Ijen położone jest we wschodnim regionie Jawy, obfitującym w plantacje znanych na całym świecie gatunków kawy robusta, arabica oraz z produkcji jednej z najdroższych na świecie - copi luvak, nazwę swą zawdzięczającej pewnemu gatunkowi łaskuna, przez którego układ trawienny przechodzą ziarna, zanim zostaną przeznaczone do spożycia.
Głównym bohaterem tej opowieści jest jednak siarka. Jej obecność w kraterze jeziora Ijen sprawia, że setki Indonezyjczyków rozpoczynają pracę jeszcze przed świtem. Pracę wycieńczającą fizycznie, a równocześnie słabo płatną.
Do krawędzi wulkanu docieramy stromym zboczem po półtoragodzinnej wspinaczce. Temperatura przekraczająca trzydzieści stopni oraz wilgotność względna powietrza bliska 100% nie ułatwiają zadania. Z góry roztacza się niesamowity widok - droga do wnętrza piekielnego kotła, w którym gotuje się siarkowa "zupa" pełna jest pułapek w postaci osuwających się kamieni czy niezwykle śliskiego błota.
Pomni wydarzenia sprzed kilku lat, kiedy to francuski turysta stracił życie osuwając się po kamienistym zboczu, schodzimy ostrożnie w ziejącą paszczę krateru.
Po drodze mijamy drobnych mężczyzn, którzy dźwigając na ramieniu po dwa kosze połączone bambusowym pałąkiem, pokonują wzniesienie w klapkach lub kaloszach. Kosze wypełnione są siarkowym urobkiem, który waży ok. osiemdziesiąt kg, czyli więcej, niż niosący go robotnik. Rekord wynosi sto dwadzieścia pięć kg. To niewyobrażalne, jak możliwa jest praca w takich warunkach. Mimo olbrzymiego obciążenia, ludzie ci sprawiają wrażenie, jakby ich ładunek był przynajmniej kilkukrotnie lżejszy, niż jest w rzeczywistości.
Zawiesina siarki i pary wodnej wydobywa się w sposób ciągły z bulgocącego jeziora. Aby usprawnić pracę, u jego brzegu zamontowano ceramiczny rurociąg, który dostarcza siarkę w miejsce wygodniejsze do rozdrobnienia materiału. Buchające z rur opary natychmiast tężeją, tworząc spektakularne, pomarańczowo-żółte struktury cennego pierwiastka. Rozdrabniacze przy pomocy łomów kruszą materiał, który po załadowaniu do koszy wynoszony jest poza obręb wulkanu.
Pracę utrudniają zalegające co chwilę cały obszar toksyczne opary. Łapiemy oddech i wypuszczamy go, kiedy chmura odchodzi. Niestety, niekiedy utrzymuje się ona w jednym miejscu znacznie dłużej, niż jesteśmy w stanie powstrzymać oddychanie, co powoduje wypełnienie płuc gryzącą mieszaniną. Po kilku minutach palą płuca, z oczu lecą łzy, a z nosa katar.
Tragarze niosą swój bagaż dzieląc trasę na odcinki. W ciągu całego dnia są w stanie wynieść trzy porcje materiału, czyli ok. 250 kg. Za taką pracę otrzymują wynagrodzenie w ekwiwalencie 30 złotych.
Ze względu na stały i ograniczony jedynie procesem kondensacji przyrost siarkowego złoża, prawdopodobnie nieopłacalna jest mechanizacja transportu ciężkich brył. A taniej siły roboczej prędko tutaj nie zabraknie.