Nagły wstrząs wyrywa mnie ze snu. Drzwi wypaczone wieloletnim oddziaływaniem surowej przyrody uderzają o framugę wydając przenikliwy, rytmiczny stukot. Któż może dobijać się do pokoju o tej porze?
Siedzę na łóżku w schronisku górskim położonym w bezpośrednim sąsiedztwie wulkanu Bromo na indonezyjskiej Jawie i próbuję dojść do siebie.
Wyobraźnia pobudzona przez niecodzienne otoczenie, w którym dominuje krajobraz złożony z wąwozów i monstrualnych wybrzuszeń, w całości niemal przysypanych wulkanicznym pyłem, podsyca fantastyczne wizje o grasujących w okolicy piekielnych stworach.
Wstrząsy wzmagają się nie pozwalając wrócić do snu, ani przejść do porządku dziennego (czy raczej nocnego) nad zjawiskiem, które okazuje się mieć swoje źródło w sferze jak najbardziej materialnej.
Wiedzony ciekawością opuszczam pokój i zmierzam do krawędzi stoku, skąd roztacza się widok na źródło niecodziennego hałasu - rozbudzonego od kilku dni Bromo.
To, co w słabym świetle księżyca wziąłem za linię drzew przesłaniającą trzecią część powierzchni nieba, okazuje się ogromną chmurą wulkanicznego pyłu, wyrzucanego z kipiącej gardzieli wulkanu wraz z ognistymi strzępkami gorącej lawy oraz kilkusetkilogramowymi głazami.
Aby w pełni móc podziwiać manifestację zmiennych humorów Jego Wysokości Bromo, wstaję o godzinie czwartej rano, by wraz z grupą podobnych sobie amatorów nocnych wrażeń udać się do punktu widokowego.
Nawet fakt, że światło wschodzącego słońca nie daje o tej porze roku piorunującego wrazenia, nie jest w stanie zburzyć radości z faktu bycia świadkiem tak niecodziennego zjawiska.
Tydzień wcześniej wulkan Bromo uaktywnił się po raz kolejny w burzliwej historii swego istnienia. Reakcją lokalnych władz było otoczenie stożka pasem bezpieczenstwa o dwukilometrowej szerokości - przebywanie na tym terenie nosi znamiona podwyższonego ryzyka.
Jest 27.01.2011 - następują kolejne erupcje. W mediach pojawia się dyskusja na temat powagi sytuacji ludzi mieszkających w okolicy. Ich zdrowie i życie stało się zagrożone wskutek znacznej ilości opadów wulkanicznego pyłu.
Mieszkańcy pobliskiej wioski o nazwie Probolingo od lat nie ustają w modłach do kapryśnej góry, składając ofiary z żywych zwierząt, owoców oraz innych dóbr doczesnych. Ta ciekawa tradycja ma swoje korzenie w XIV wieku, kiedy to królewska para, Jaka Seger oraz jej mąż Roro Anteng po długoletnich staraniach o dziecko usłyszeli głos Boga. Obiecał on spełnić im marzenie o rodzicielstwie pod warunkiem, że ostatni z potomków zostanie, jako należna Bogu ofiara, wrzucony do wnętrza wulkanu.
Roro i Jaka przystali na ten warunek, po czym na świat przyszło dwadzieścioro pięcioro dzieci. Przez długie lata para królewska żyła szczęśliwie, jednak w końcu nadeszło nieuniknione - Bóg przypomniał o swojej należności. Zrozpaczeni rodzice postanowili ukryć swoje dzieci w jaskini - bezskutecznie. Bóg sprawił, że z pobliskiej góry Bromo wypłynął język lawy i pochłonął ostatniego syna, Kesumę.
Z krateru dobył się później głos Kesumy mówiący, że poniósł on tę ofiarę po to, by reszta rodziny mogła żyć w spokoju i przypomniał o obowiązku regularnego składania ofiar Bogu.
Dziś rozległy obszar otaczający grupę wulkanów Bromo, Semeru i Batok przypomina krajobraz z innej planety. Rosnące rzadko egzotyczne krzewy z trudem przełamują monotonię powszechnie panującej tu szarości, pogłębiając tylko wrażanie eksplorowania całkiem innego świata, a hinduistyczna świątynia Pura Luhur to ostatni przyczułek ludzkości na tym obcym gruncie.