Wyprawa, setki kilometrów poza domem w Sydney. Późny wieczór/ wczesna noc. Samochód zaczyna zachowywać się w dziwny sposób. Okazuje się, że jedno z kół gwałtownie traci powietrze.
W jednej chwili znajduję się w zupełnie obcym miejscu, zdany na łaskę miejscowych kowbojów.

Tocząc się z szybkością 15 km/h docieram do pobliskiego pubu. Do środka wkraczam w klasycznym westernowym stylu, zdecydowanie rozchylając tradycyjne wachadłowe drzwi.
Stali bywalcy pubu powoli odwracają głowy w moim kierunku i ze zdumieniem lustrują niespodziewanego gościa od stóp do głów.

Zgromadzeni przy stole bilardowym nagle tracą zainteresowanie grą, by przez chwilę przyjrzeć się miejskiemu chłoptasiowi, który w zupełnie nieprzystającym do otoczenia stroju jakby nigdy nic zajmuje miejsce przy barze, gdzie od kilkunastu lat codziennie siada przecież Bill i nikt inny!

Zainteresowanie po chwili wygasa ograniczając się do rzadkich ukradkowych spojrzeń.
Nieco ośmielony rozglądam się dookoła. Pub okazuje się tak malowniczy, że już po chwili zapominam o uszkodzonym samochodzie i ze zdumieniem podziwiam liczne eksponaty dekoracji.

Co chwilę mój wzrok wyławia z półmroku sali jakiś endemiczny egzemplarz australijskiej fauny zastygły na ścianie w pozie skrupulatnie nadajej mu przez preparatora.



Z zamyślenia wytrąca mnie dobiegający od strony pobliskiego stolika rechot dwóch brodatych ozzies. Nie od razu orientuję się, że stojąc z rozdziawionymi ustami obok krzesła zrobionego z końskiego siodła sprawiam wrażenie, jakbym pierwszy raz widział na oczy takie urządzenie i nie wiedział, jak sobie z nim poradzić.

Nadrabiając miną przysiadam się i zamawiam piwo, a kowboje powoli wracają do swoich zajęć.

Wokół toczą się ożywione rozmowy. O tym jak to Jack szlifował ostatnio cylindry w silniku swojego UT (utility truck, czyt. "jut" - popularny w Australii odpowiednik amerykańskiego pickupa), Mary ze sklepu na rogu wyszła w końcu za mąż, a Balmain Dockers przegrali ostatnio mecz.

Wychodzę "za potrzebą". Toaleta również prezentuje się niezwykle.


Czy to nie znakomity pomysł, żeby na suficie przymocować wypchane sarny, w dodatku "do góry nogami"?



Jeśli komuś przydzie zawitać w okolice Berry, niech nie zapomni odwiedzić miejscowego pubu. Odkryty przypadkiem na długo pozostanie w mojej pamięci.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









